piątek, 25 maja 2018

5 makijażowych perełek za mniej niż 20 złotych

5 makijażowych perełek za mniej niż 20 złotych
Jak dobrze wszyscy wiemy nie raz mamy takie dziury w budżecie, że nawet na paczkę chipsów nie starczy. A co dopiero na kosmetyki. Wiem też, że wiele osób po prostu nie lubi wydawać dużych kwot na jedną rzecz i woli kupić kilka w tym samym budżecie. Czy więc za 100 złotych da się skompletować kosmetyczkę makijażowych perełek? Jak najbardziej!


1.Eveline, BB Magic Gloss, błyszczyk do ust - 5,39 zł

To moje największe odkrycie tego roku. Chwyciłam ten błyszczyk, ponieważ był w cenie na dowidzenia za 5,39 w Rossmannie. Wybrałam kolor 103, bo na ręce wyglądał najlepiej.


Na ustach ma tylko lekko kryjący pigment, ale daje piękny blask, nie ześlizguje się z ust, nie uwidacznia naturalnych zmarszczek na ustach czy suchych skórek. A co dla mnie najważniejsze nie lepi się! Owszem jest dość śliski, ale nie lepki. Do tego naprawdę nawilża usta i zjada się równomiernie. Po zjedzeniu koloru i warstwy błyszczącej na ustach zostaje jeszcze śliska warstewka, ale mi to naprawdę nie przeszkadza. Niestety nie jest super trwały i odbija się np. na szklance, ale za tę cenę? Wybaczam.

2.Essence, Volume Stylist, lash extension, tusz do rzęs - 12,99 zł
Ten tusz kupiłam, bo jedna z makijażowych jutuberek, którą lubię go polecała. Tusz jest problematyczny, ponieważ trzeba bardzo dobrze oczyścić szczoteczkę z nadmiaru produktu i prawie suchą malować rzęsy, ale efekt????


Wydłużone i rozdzielone rzęsy! Praktycznie pod brwi. Warto poświęcić chwilę na oczyszczenie szczoteczki, aby nie zrobić sobie grudek czy posklejać rzęs. Naprawdę trzyma się długo na rzęsach, nie osypuje się, nie odbija i nie rozmazuje. Ten tusz to naprawdę jeden z najlepszych jakie kiedykolwiek kupiłam w drogerii.

3.Rimmel, Stay Matte, puder 001 - 13,90 zł
W Rossmannie ten puder kosztuje prawie 30 zł, ale w Emipku. Cocolita czy makeup.pl można go kupić za około 14 złotych. Dlaczego jest aż taka różnica w cenie? Nie mam pojęcia.


Puder kupiłam w kolorze 001 transparent, ale nie jest transparentny. Ma kolor i to całkiem niezły. Dlatego na podkład nakładam go odrobinę. Natomiast często używam go na "gołą" twarz zamiast podkładu i też bardzo dobrze wygładza i ujednolica cerę. A z odrobiną korektora wyglądam dobrze. Sam puder jest bardzo miałki, satynowy i przyjemny w użyciu. Powinien trzymać się do 9 godzin na twarzy, ale po drobnych poprawkach koło nosa i spryskaniu fixerem wytrzyma nawet dłużej. Puder ma zapach, ale wietrzeje on na twarzy, więc mi nie przeszkadza.

4.Catrice, Liquid Camouflage, korektor - 14,99 zł
Również ten produkt kupiłam z polecenia. Ponoć jest jak Tarte Shape Tape. Nie wiem, nie miałam produktu od Tarte.

U mnie ten korektor daje przyzwoite krycie jedną warstwą cieni pod oczami. Ale żeby obudować pryszcza czy ukryć duże czerwone plamy po zagojonych potrzebne jest wklepanie 2-3 warstewek. Nie jest to trudne, bo korektor się "nie rusza" z miejsca. Niestety pod oczami mi szybko wchodzi w zmarszczki się w nich zbiera, jeśli go od razu nie przypudruje. Natomiast świetnie stapia się ze skórą i zostawia efekt matu. Jednak jest to jeden z tych korektorów o ciężkiej konsystencji mimo, że jest płynny. Świetnie też nadaje się jako baza pod cienie.

5.Maybelline, Fit Me, podkład matujący, 105 - ok. 19,99 zł
Ten już kultowy podkład można kupić w wielu sklepach w różnych cenach, ale najczęściej właśnie za 19,99 zł. Podkład ma kryć pory, matować, zapewniać dobre krycie i nie znikać za szybko nawet z tłustej cery. Czy to robi?


Muszę zacząć od tego, że podkłady Maybelline zawsze zapychają mi pory na brodzie. Po każdym robią mi się zamknięte zaskórniki na brodzie. Z tym nie jest inaczej, ale nie oznacza to, że podkład jest zły. Denerwuje mnie natomiast to, że mimo iż mam kolor 105, czyli jeden z najjaśniejszych to oksyduje w ciemny beż. Musicie brać to pod uwagę przy zakupie i najlepiej kupić o ton jaśniejszy. Podkład jest płynny i jak dla mnie nie ma dużej wydajności.

Natomiast podkład ma dobre krycie, które można budować, ładnie wygładza i matuje twarz, ale widoczność porów nie jest skorygowana w 100%. Zależy jednak jaką bazę dacie w miejsca bardziej porowate. Naprawdę w przypadku tego podkładu baza dużo zmienia. Jeśli chodzi o trwałość to jest dobra. Podkład schodzi najpierw z nosa, tak jakby się rozpływa i wybłyszcza na czole, ale nie znika plamami. Moim rekordem jest 14 godzin trwałości przy czym po 12 godzinach nie miałam go już na czubku nosa. Ale makijaż robiłam na bazie Poreffesional od Benefit i przypudrowany Rimmel Stay Matte a na koniec spryskany Urban Decay All Nighter. Co też ma duże znaczenie. Nie zauważyłam, aby gryzł mi się z jakimś pudrem czy bronzerem albo rozświetlaczem.


Podsumowując nawet do 20 złotych za sztukę można kupić dobry produkt. Nie idealny, bo każdy ma swoje wady, ale naprawdę można sprawić, że te produkty działają. A przede wszystkim nie rujnują budżetu.




środa, 23 maja 2018

Smakowite testowanie Werther's Original Soft Eclairs

Smakowite testowanie Werther's Original Soft Eclairs
Z mojego instagrama mogliście się dowiedzieć, że dostałam ogromną i ogromnie słodką przesyłkę od firmy Werther's Original za pośrednictwem strony rekomenduj.to. W paczce były cztery rodzaje słodyczy, z czego najwięcej opakowań nowości nadziewanych karmelków Soft Eclairs. I naprawdę bardzo ucieszyła mnie ta paczka, ponieważ dawno nie jadłam wyrobów tej marki, ale mam do niej ogromny sentyment, gdyż jako dziecko często dostawałam te klasyczne w prezencie :)


Przyznam szczerze, że nawet nie wiedziałam czy będę mogła je zjeść, ponieważ jako osoba na low fodmap nie powinnam jeść mleka, śmietanki, i w ogóle wyrobów mlecznych zawierających laktozę czy nawet czekolady i samego kakao. Z radością jednak odkryłam, że wyroby Werther's Original mimo, że opierają się na mleku nic mi nie zrobiły ;)


W paczce ambasadorskiej oprócz wielu paczuszek Soft Eclairs były też: Soft Caramels, Creamy Filling i Cukierki śmietankowe, które pamiętam jeszcze z dzieciństwa. Gdybym mogła to zjadłabym wszystkie na raz, ale pohamowałam się siłą woli i rozpoczynałam jedną paczkę dziennie. Nie wszystkie cukierki zjadłam sama ;) Częścią się podzieliłam z rodziną i przyjaciółmi, jednak faktycznie większość pożarłam.


Cukierki śmietankowe lubię od kiedy pamiętam. Natomiast innych wyrobów od Werther's Original wcześniej nie próbowałam. Creamy Filling to tak jakby klasyczne cukierki śmietankowe z nadzieniem karmelowym. Po chwili cmoktania cukierka robił się na tyle miękki, że można było go rozgryźć i karmel wypłynął. Tak jestem jedną z tych osób, które rozgryzają cukierki.

Kolejna paczka cukierków to Soft Caramels... szybko poszło. Nie wiem czy nawet godzinę mi zajęło zjedzenie wszystkich. Super miękkie, ciągnące się, łatwe do przeżucia, ale nie lepiące za mocno do zębów. Tymi cukierkami plomby sobie nie wyciągnięcie gwarantuję! Dlatego tak bardzo je polubiłam i na pewno kiedyś jeszcze je zjem.


Z kolei Soft Eclairs to główny bohater testów. Tutaj dostałam kilkanaście paczek, którymi się podzieliłam. Producent opisuje je jako "Pyszne czekoladowe nadzienie otulone delikatnym karmelem" .I wiecie co? Zgadzam się. Cukierki są miękkie, można je żuć, a po chwili wypływa czekoladowe nadzienie. Do tego nie przyklejają się jak szalone do zębów i nie powodują uczucia, że zaraz sobie skleicie obie szczęki. Jedzenie jest naprawdę przyjemne i do tego ten smak. Naprawdę czuć i karmelka i czekoladę. Strasznie żałuję, że paczka testowa mi już wyszła. Przy najbliższej okazji na pewno będę ich szukać w sklepie.

Przed testami obawiałam się czy mogę je jeść, bo jednak mają dużo mleka w składzie, a ja nie mogę laktozy, w sumie glutenu, fruktozy i paru innych rzeczy też nie. Ale postanowiłam spróbować. Najwyżej by mnie bolał brzuch. Na szczęście nie miałam nieprzyjemnych dolegliwości nawet po zjedzeniu całej paczki na raz. Choć teoretycznie powinnam czuć przesadną sytość :) Okazuje się, że cukierki Werther's Original w tym nowe Soft Eclairs są bez glutenu, jednak na opakowaniu nie ma znaczka, ponieważ producent tak wybrał. Na stronie producenta jest też informacja, że nie zawierają więcej niż 20 ppm glutenu na produkt i odpowiadają standardom kanadyjskim (Health Canada). A także zachęta, aby skonsultować się z lekarzem przed zjedzeniem oraz aby na bieżąco sprawdzać skład na opakowaniu, bo może on ulec zmianie.

Podsumowując test był smakowity, a Soft Eclairs tak mi zasmakowały, że na pewno je jeszcze nie raz kupię. Niestety nie znam ceny, ale Werther's Original nie jest super drogą firmą i jej wyroby można dostać w wielu sklepach spożywczych.

sobota, 19 maja 2018

Recenzja - Aussie Aussome Volume szampon, odżywka, pianka i suchy szampon

Recenzja - Aussie Aussome Volume szampon, odżywka, pianka i suchy szampon
Aussie to marka, która z hukiem weszła na polski rynek. Obecnie dostępne jest wiele produktów, które mają m.in. w 3 minuty sprawić, że nasze włosy będą piękne albo zapewnić im niesamowitą objętość. Jako posiadaczka włosów cienkich, ale w dużej ilości, które lubią szybko się przetłuszczać i być płaskie nawet po produktach z etykietką "volume" z rezerwą podchodzę do kosmetyków, które obiecują super objętość, bo prawie na każdym już się zawiodłam. Czy Aussie Aussome Volume to seria, która spełnia obietnice producenta?


Muszę jeszcze dodać, że faktycznie niektóre produkty zmieniły szatę graficzną i nazwę. Ale to wciąż te same produkty. Obecnie jestem w posiadaniu aż 4 z 5 produktów dostępnych w tej serii. Dla ułatwienia w nawiasach podaje wam nową nazwę, pod którą obecnie znajdziecie te kosmetyki. Szczerze mówiąc to, że niektóre kosmetyki występują pod hasłem Aussome Volume, a inne pod hasłem Miracle i jeszcze Volume co może być mylne. Bo czy Miracle to nie jakaś inna seria? Sprawdziłam na stronie producenta i tak, wszystkie produkty które mam to na pewno ta sama seria :)


Aussome Volume szampon do włosów cienkich i słabych

To mój najnowszy nabytek. Bardzo dobrze oczyszcza włosy, ale jest dziwny. Normalne włosy oczyszcza aż do skrzypienia, ale olejek z włosów trzeba zmyć dwa razy. Zatem niby super oczyszcza, ale tak naprawdę nie. Koniecznie muszę po nim użyć odżywki do włosów, bo inaczej są tak splątane, że nie mam odwagi ich dotknąć. Ale po użyciu odżywki i to jakiejkolwiek są naprawdę czyste i ładne. Nie zauważyłam, aby po tym szamponie były dłużej czyste lub szybciej brudne. Spokojnie 2-3 dni wytrzymują w dobrym stanie. Jednak szampon sam w sobie objętości nie zapewnia. Ciekawe co nie? Szampon jest bardzo wydajny i bardzo ładnie, ale i mocno pachnie. Pojemność 300 ml.


Aussome Volume odżywka do włosów cienkich i słabych

Mój ulubiony produkt z tej serii! Świetnie działa nie tylko z szamponem Aussome Volume, ale też z innymi szamponami np. micelarny Nivea, Pantene Pro-V objętość, kostka Lush. A do tego pozostawia włosy gładkie, miękkie, łatwe do rozczesania i pachnące. Naprawdę uwielbiam swoje włosy po tej odżywce. Nie zauważyłam, aby nawet po nakładaniu u nasady włosy szybciej się przetłuszczały. Standardowo po 2-3 dniach dopiero je myję. Intensywny zapach to zdecydowanie coś, do czego trzeba się przyzwyczaić przy tej serii. Odżywka jest też bardzo wydajna. Ale przede wszystkim świetnie unosi włosy u nasady. Po prostu rewelacja! Włosy po niej są jakby lżejsze, ale nie suche. Naprawdę po tej odżywce ma się objętość. Nawet na drugi dzień po myciu wystarczy przeczesać włosy palcami u nasady i się odbijają. Także jakbym miała wybrać jeden produkt z całej serii, który działa najlepiej to będzie to właśnie ta odżywka. Pojemność 250 ml.


Aussome Volume Miracle styling mousse pianka do stylizacji (Up lift your hair)

Nie lubię pianek do włosów. Tę dostałam, więc po prostu zaczęłam używać i... wow. Jedną porcję pianki wgniatam u nasady mokrych włosów, a potem suszę głową w dół. Objętość i utrwalenie gwarantowane. Pianka naprawdę unosi i utrzymuje uniesione włosy u nasady przez wiele godzin. Żeby poprawić ich wygląd wystarczy przeczesać palcami. Jeśli używacie pianek na co dzień to polecam zamiast odżywki. Niestety nie zauważyłam, aby odżywka podbijała piankę czy na odwrót, dlatego jeśli macie już odżywkę idealną nie musicie jej zastępować. Efekt będzie świetny obojętnie jakiej odżywki użyjecie. A pianka jest wydajna, ponieważ naprawdę wystarczy jej jedna garść na cały skalp. Pojemność 150 ml.


Aussome Volume Miracle Dry Shampoo suchy szampon (Wash + Blow Boost me up)

Z tym szamponem trzeba ostrożnie. Moim ulubionym suchym szamponem nadal jest Syoss z zieloną etykietką. I przyzwyczajona do tego, że mogę prysnąć ile chce i palcami roztrzepać tak też zrobiłam za pierwszym razem z tym szamponem. Efekt? Włosy uniesione jak lwia grzywa, ale też trzeszczące i nieprzyjemne w dotyku. Trzeba wyczuć ilość. Naprawdę mniej, znaczy więcej. Długo mi zajęło opracowanie techniki, ale szampon faktycznie odświeża włosy na kolejny dzień i dodatkowo je unosi. Jednak jest trudny w obsłudze. Moja wersja ma pojemność 65 ml i jest to miniaturka.

Podsumowując

Polubiłam się z tą serią od Aussie, ale chętnie sprawdzę też pozostałe kosmetyki tej marki. Co ciekawe oba szampony nie są łatwe do opanowania, ale za to odżywka i pianka są świetne. Działają idealnie, nie obciążają włosów, ale unoszą je w dość naturalny sposób na długi czas. Natomiast to, że nie podbijają swojego działania mnie dziwi. Dlatego jeśli chcecie uzyskać objętość zdecydujcie się albo na odżywkę, która świetnie działa też odżywczo albo na piankę, jeśli stylizujecie włosy na co dzień. Naprawdę nie ma potrzeby posiadania wszystkich kosmetyków z tej serii. Dodajmy, że każdy z tych kosmetyków kosztuje od 19 do 22 złotych w Rossmannie, więc nie są najtańsze. Ale ich wydajność to wynagradza.


środa, 16 maja 2018

Najpopularniejsze koreańskie kosmetyki - hity czy kity?

Najpopularniejsze koreańskie kosmetyki - hity czy kity?
Od lat kupuje regularnie koreańskie kosmetyki. Jednak są wśród nich produkty bardzo dobrze znane, jak i te mniej popularne. Nie omijam produktów "the most hyped", ale też za bardzo nie ufam takim super popularnym rzeczom. Czy dobrze na tym wyszłam?

Najpopularniejsze koreańskie kosmetyki wg mnie i Internetów to m.in.:


Cosrx acne pimple master patch oraz Nexcare acne clear cover

Jedne i drugie to plastry na pryszcze. Mają za zadanie wyciągnąć z krosty ropę oraz inne płyny i sprawić, że szybko się wyczyści i wygoi. Plastry od Nexcare mam w dwóch wersjach i różnią się tylko tym, że w jednej paczce (fiolet) są plastry tej samej wielkości, a w drugiej (pomarańcz) w dwóch wielkościach. Plasterki od Cosrx są w trzech wielkościach standardowo.


Przejdźmy do działania. Jedne i drugie działają. Ale Cosrx są lepsze na zamkniętą krostę. A Nexcare lepiej wyciągają z otwartej krosty - np. gdzie widać ropną kropkę, została przypadkiem rozdrapana itd. Mam wrażenie, że ponieważ Nexcare są wyższe/grubsze to więcej wchłaniają. Ale za to są też bardziej widoczne. Z plastrem od Cosrx można nawet do sklepu skoczyć i nikt nie zauważy :)

Missha Time Revolution the first treatment essence moist

To chyba najpopularniejsza esencja. Porównywana do SK II, która jest o wiele droższa. Co ma zrobić z naszą skórą? Przygotować pod kolejne kroki pielęgnacyjne. Ta esencja zawiera sfermentowany ekstrakt z drożdży i jęczmienia purpurowego. Przywraca skórze równowagę i nawilża, wciągając nawilżenie w głąb skóry.

Wystarczy jedna duża kropla wylana na rękę, a potem nałożona palcami i wklepana, aby odczuć różnicę. Niby woda z ekstraktem, ale mówię wam raz spróbujecie i już nie puścicie z rąk! Sama w sobie nawilża lekko, ale podbija każdą emulsję czy krem nakładany potem! To już moja druga butelka miniaturka i na pewno kupię pełny wymiar choć kosztuje koło 120 zł.


Missha Time Revolution Night Repair borabit ampoule

Jedna z najlepiej sprzedających się ampułek, serów na noc. Jak widać mam miniaturkę 10 ml, która była w zestawie z esencją. Ampułka ma pomóc odzyskać promienną, bez skazy, gładką cerę i poprawić jej kondycję. Również zawiera 4 typy składników uzyskanych w procesie fermentacji

Można jej używać nie tylko na noc jak nazwa wskazuje, ale też rano. Jak dla mnie ma troszkę jagodowy zapach. Jest naprawdę bardzo wydajne i mniej znaczy więcej. Konsystencja jest wodno-żelowa. Szybko się wchłania i nie zostawia powłoki, a skóra jest wyraźnie gładsza i trochę bardziej śliska w dotyku. Zapach przestaje być wyczuwalny jak nałożymy ją na twarz. Jednak u mnie nie robi nic szczególnego. Ładnie wygładza i nadaje się pod makijaż, ale to tyle.

Mizon Multi Function Formula all in one snail repair cream

O tym kremie wspominałam już w kontekście youtuber make me buy it, bo widziałam, że daje efekt glass skin. Ale co jeszcze ma robić według producenta? Zawiera 92% ekstrakt ze śluzu ślimaka. Ma nawilżać, poprawiać wygląd nawet zmarszczek, redukować blizny i plamy po pryszczach. Nadaje się także dla osób z cerą tłustą i skłonną do zapychania oraz trądzikowej. Można używać też pod inny krem.

Liczyłam na efekt glass skin i taki mam. Naprawdę ten krem pozostawia efekt takiej szklanej, błyszczącej, ale nie tłustej skóry. Do tego ma najdziwniejszą konsystencję świata. Niby żelową, ale ciągnącą się. Zapach jakiś tam ma, ale jest lekko wyczuwalny. Zostawia na skórze delikatną powłoczkę, ale nie jest lepka. Świetnie nawilża i nie zauważyłam, aby zapchał mi pory. Poprawy wyglądu zmarszczek czy śladów po krostach nie zauważyłam jeszcze. Ale używam go dość rzadko tylko, gdy chce uzyskać ten szklany efekt. Dlatego też kupiłam małe opakowanie 30 ml. Ale polecam!

Mizon AHA/BHA Daily Clean toner

Toner z kwasami AHA i BHA. Co ma robić? Usuwać martwy naskórek, brud, sebum z powierzchni skóry, aby ją oczyścić, normalizować, utrzymać czystą i promienną. AHA  8000 PPM, BHA 200 PPM.

Używam go jako toniku, ponieważ jest wodny i najlepiej sprawdza się wylany na płatek. Przecieram nim całą twarz za wyjątkiem okolic oczu. Od kiedy go używam moja cera jest wyczuwalnie bardziej miękka i czystsza. Jest to jeden z produktów, które używam z obietnicą producenta "promienna cera" i faktycznie taką mam. Ale jest to tylko jeden z gamy. Natomiast jako tonik z kwasami naprawdę się sprawdza.

Laneige Water sleeping mask (lavender)

Od razu zaznaczam, że niebieska (klasyczna) wersja i lawendowa (moja) różnią się tylko zapachem. Skład mają literka w literkę taki sam oprócz tego. Tę maseczkę na noc poleca bardzo wiele osób. Nakłada się ją na "gołą" skórę albo po kremie w celu zamknięcia poprzednich kroków i uzupełnienia ich o nawilżenie. Maska ta ma głęboko nawilżać, oczyszczać podczas snu, ułatwiać odnowę skóry i ułatwiać zasypianie dzięki ładnemu zapachowi.


Używałam jej i jako ostatni krok i tu dzięki dużej ilości silikonów faktycznie zamyka w środku wszystkie inne kremy i sera, nawet olejkowe, a także solo zamiast kremu. I jestem zawiedziona, bo nie dość, że nie nawilża... moja skóra rano jest normalna. Naprawdę szału nie ma. To jeszcze zapycha. Po używaniu jej przez ponad tydzień, noc w noc, bo na tyle starczyła mi jedna saszetka zauważyłam krostki w miejscach, w których pojawiają mi się efekty zapchania porów. Otworzyłam drugą saszetkę i... efektu nadal nie ma. I tak zmywałam ją rano olejkiem, aby zmyć silikon.

Skinfood Black Sugar Honey wash off mask

Maseczki Skinfood są wielu osobom dobrze znane. Mam dwie - miodową i jajeczną. Ale miodowa jest jednak bardziej znana, ponieważ nie tylko jest maską, ale też peelingiem, a do tego zawiera czarny cukier brazylijski. Ma usuwać martwy naskórek, wygładzać, zmiękczać i nawilżać.


Maska ma przepiękny miodowy zapach. Cukier jest wyczuwalny, ale nie drapie za mocno. Ja nakładam na suchą skórę, chwilę masuje i zostawiam na 10-15 minut. Zmywam i ... cera jest miękka, przyjemna w dotyku, wygładzona i tak świeża. Naprawdę bardzo przyjemna. Maseczkę robię max. 1 w tygodniu, bo naprawdę działa jak dobry peeling.

Kremy z filtrem - np. Missha All around safe block Essence sun SPF45 PA+++

Ten krem to tylko przykład, ponieważ akurat go mam :) Ale koreański i japońskie kremy z filtrami bardzo często pojawiają się w kontekście tych zapewniających najlepszą ochronę i najbardziej różnorodnych. Znajdziemy lekkie emulsje, spraye, żele, klasyczne kremy czy całą masę BB Creams z filtrami. Mają one chronić skórę w jak najlepszy sposób. I to robią.


Ten sun blocker od Misshy towarzyszył mi m.in. w Chorwacji przy 40 stopniowym upale i pełnym słońcu, w Wiśle w środku lata, w Brnie podczas 30+ stopniowych upałach i weekendu Moto GP, gdzie od 9 do 16 siedziałam na słońcu i ogólnie codziennie, gdy wychodzę z domu. Jest lekko żółtawy, ale nie barwi. Po jakimś czasie skóra zaczyna się błyszczeć. Ale daje radę pod makijaż. Najważniejsze jest to, że od kiedy go używam faktycznie miałam zaczerwienioną skórę po słońcu, ale nie miałam żadnych oparzeń, wodnych bąbli, schodzącej i swędzącej skóry czy czegokolwiek innego nieprzyjemnego, co mnie spotykało wcześniej. A do tego moja skóra się opala. Naprawdę opala. Owszem najpierw jest czerwona, ale potem przechodzi w jasny brąz, no dobra przegięłam ciemny beż raczej ;) Ale nie dość, że chroni od nieszczęścia to jeszcze pozwala skórze się opalić. A przypomnę to SPF 45.


Maski w płachcie

Tutaj wybór jest ogromny. Nawet jeszcze większy niż w kremach z filtrami! Maski mają za zadanie w 15-30 minut poprawić wygląd i kondycję naszej cery. Jedne działają, inne nie. Ale ponieważ jest ich tak dużo każdy musi wypróbować chociaż kilkanaście, aby sprawdzić, które nam służą. I tak, na zdjęciu widać całe moje zbiory na chwilę obecną :)

Mizon Collagen Power Firming Eye Cream

Kolagenowy krem pod oczy od Mizon. Jest hitem, ponieważ jest tani. Tubka kosztuje około 5$.Krem zawiera kolagen, aby spłycić zmarszczki wokół oczu, poprawić elastyczność i wygląd skóry. Nie zawiera parabenów, koloru czy zapachu.


Jest to lekki, żelowy, półprzeźroczysty krem. Bardzo wydajny! Dobrze nawilża skórę, ale tak na 6-8 godzin. Potem czuć, że potrzebujemy kremu. Za to dobrze wygląda pod makijażem, nawet jak ktoś kładzie dwa rodzaje korektora, podkład i puder jak ja ;) Szkoda tylko, że nawilża krótkotrwale i nie spłyca zmarszczek. Używam go od wielu tygodni i niestety nie widzę w tym kierunku efektów. Ale przypomnę to krem za mniej niż 5$, więc jak na tę kasę i tak działa nieźle.

Może chcecie dodać jeszcze coś do tej listy?




sobota, 12 maja 2018

Pierwsze wrażenia - Neess baza peel off do hybryd

Pierwsze wrażenia - Neess baza peel off do hybryd
Jest to moja pierwsza baza typu peel off pod lakier hybrydowy. Dlatego też wszystko robiłam zgodnie z instrukcją. Od razu chciałabym też powiedzieć, że baza Neess była w torbie dla blogerek, którą odebrałam podczas Meet Beauty. Czy moim zdaniem warta jest zakupu?


Baza peel off - jak nakładać?
Wraz z bazą dostałam ulotkę instrukcję. Bardzo ważne jest, aby nie matowić płytki paznokcia, a jedynie odsunąć/usunąć skórki oraz przemyć paznokcie cleanerem. Potem malujemy dwa razy paznokcie bazą. 

Malować trzeba sprawnie i szybko, ponieważ bardzo szybko zasycha. Pierwsza warstwa zasycha w około minutę, druga warstwa trochę dłużej, ale nadal jest to nie więcej jak 2-3 minuty.

Tak przygotowaną bazę malujemy lakierem hybrydowym. Utrwalamy w lampie, malujemy kolejną warstwę jeśli potrzeba - lampa, malujemy topem - lampa i koniec zabawy. Wystarczy przemyć cleanerem i mamy gotowe paznokcie.

Znacie ten efekt, kiedy pomalowałyście już jeden paznokieć, przechodzicie do kolejnego, a na tym pierwszym cofa wam się lakier w głąb i odsłania brzeg? Tu czegoś takiego nie ma. Spokojnie możecie malować nawet wszystkie palce i dopiero na koniec włożyć ręce do lampy. Ja mam małą lampę typu mostek i muszę osobno naświetlać kciuk i resztę palców, bo się nie mieszczą, ale na ani jednym paznokciu lakier mi się nie cofnął.

A oto efekt końcowy. Na paznokciach mam lakiery hybrydowe z Aliexpress, które są tanie i wiele dziewczyn je poleca. Mi nie zrobiły krzywdy, ale wolę nie podawać ich nazw na wszelki wypadek, bo nie do końca wiadomo co w nich jest. Top mam z Semilac i ten mogę polecić.

Jak to zdjąć?
Do tej pory ściągałam hybrydę mocząc paznokcie w acetonie. Lakier rozmiękał i sam schodził, ale czasem resztki zdrapywałam innym paznokciem. Oczywiście po hybrydzie, a w zasadzie po acetonie moje paznokcie bywały osłabione, ale nie łamliwe, tylko miękkie oraz przesuszone przez chwilę.

Baza peel off ma temu zapobiegać. Wystarczy podważyć krawędź lakieru i odsunąć lub oderwać. Ponieważ jestem bardzo niecierpliwa i chciałam zobaczyć czy to działa swoje hybrydy zdjęłam po 3 dniach, więc jeszcze dobrze trzymały. Mimo to nie uszkodziłam paznokci ;)

Większość lakieru zeszła w jednym płacie jak widać na zdjęciu, ale część się też rozerwała, czy nie chciała odlepić od razu. Samo zdejmowanie lakieru zajęło mi kilka minut.
 

Po zdjęciu lakieru na paznokciach pozostały mi resztki jakby kleju... takiego gumowatego, ciągnącego się kleju. Ale wystarczyło go zdrapać i umyć ręce, by się go pozbyć.

Na zdjęciach po zdjęciu lakieru są gołe paznokcie. Po prostu umyłam dłonie wodą z mydłem i nic więcej. Jak widać nie są wysuszone, podrażnione, połamane, rozmiękkłe, nie pojawiły się pionowe bruzdy co mi się zdarzało po "tradycyjnych" hybrydach. Ba nawet lekko błyszczą, co dla mnie jest normą. Jak dla mnie wyglądają normalnie, pomijając fakt, że tak kroiłam paprykę co widać po kolorze końcówek :) Jednak dobry stan paznokci może być wynikiem tego, że trzymałam bazę i lakier tylko 3 dni. Musicie mieć to na uwadze! Widziałam w innej recenzji, że lakier trzyma się spokojnie 2 tygodnie, więc następnym razem spróbuję go potrzymać jak najdłużej ;)

środa, 9 maja 2018

Recenzja - Bielenda Slim Cellu Corrector

Recenzja - Bielenda Slim Cellu Corrector
Pełna nazwa tego produktu to Bielenda Slim Cellu Corrector ujędrniająca karboksyterapia CO2 skoncentrowany korektor cellulitu antycellulit. Dłużej się nie dało? Dla uproszczenia w poście będę go nazywać balsamem, ponieważ taką też ma konsystencję.

Obietnice producenta:
Nowy wymiar efektywnego zapobiegania nawrotom cellulitu. Slim Cellu Corrector to zaawansowana technologicznie linia inteligentnych preparatów do korekcji i modelowania ciała inspirowana najskuteczniejszymi zabiegami profesjonalnej medycyny estetycznej o działaniu antycellulit i wyszczuplającym. Zabieg karboksyterapii, czyli infuzja CO2 do skóry, prowadzi do zwiększenia przepływu krwi, tlenu i składników odżywczych w głąb skóry i poprawy mikrokrążenia.

Aktywowane zostają intensywne procesy naprawcze, które ujędrniają i zagęszczają skórę, redukują zaawansowany cellulit i nagromadzoną tkankę tłuszczową. Skoncentrowany korektor cellulitu do każdego typu skóry, nawet wrażliwej, ma na celu wywołanie podobnych procesów i mechanizmów w skórze, które mogą być porównywalne do zabiegu karboksyterapii.

Skuteczność potwierdzona badaniami* 1. redukuje cellulit 85% 2. ujędrnia ciało 98% 3. modeluje sylwetkę 92% * Test In Vivo przeprowadzony pod nadzorem dermatologów na grupie 25 kobiet przez okres 4 tygodni.
Skład:
Aqua (Water), Cyclopentasiloxane, Ethylhexyl Cocoate, Glycerin, Persea Gratissima (Avocado) Oil, Propylene Glycol, Centella Asiatica Leaf Extract, Kigelia Africana Extract, Chlorella Vulgaris Extract, Fucus Vesiculosus Extract, Garcinia Cambogia Fruit Extract Algae Extract, Caffeine, Tocopherol, Butylene Glycol, Alcohol Denat., Dimethicone, Sodium Polyacrylate, Polyacrylamide, C13-14 Isoparaffin, Laureth-7, Acrylates/C10-30 Alkyl Acrylate Crosspolymer, Triethanolamine, PEG-40 Hydrogenated Castor Oil, Phenoxyethanol, Methylparaben, Ethylparaben, DMDM Hydantoin, Parfum (Fragrance), Butylphenyl Methylpropional, Citronellol, Hexyl Cinnamal, Limonene, Linalool.
Moja opinia:
Jak sugeruje producent efekty powinno być widać już po 4 tygodniach, skoro przez taki czas prowadzono testy. Powiem wam, że efekt widoczny jest nawet wcześniej. Ale czy jest tak dobry jak przewiduje to producent?

Muszę się przyznać, że kupiłam ten balsam jeszcze w zeszłym roku. Używałam go zarówno w miesiącach leniwych, kiedy nic nie ćwiczyłam, jak i w miesiącach kiedy uprawiałam fitness. Nie wierzę, że za pomocą tylko i wyłącznie kosmetyku można odchudzić ciało, więc do "modelowania sylwetki" podchodziłam sceptycznie. I miałam rację.

Przy regularnym używaniu tego kosmetyku na udach i brzuchu zauważyłam, że skóra jest bardziej jędrna, wygładzona, sprężysta i bardziej zbita w sensie jakby gęstsza i twardsza. Natomiast jeśli chodzi o cellulit to u mnie występuje on pod skórą i jest widoczny dopiero jak się ściśnie partię skóry. Nie zaobserwowałam, żeby grudki się zmniejszyły niestety, ale też póki co nie wyłażą na wierzch. Pomiarów nie robiłam, ale nie wydaje mi się żebym schudła, ponieważ widoczne by to było choćby po moich ulubionych obcisłych dżinsach :)

Mimo, że balsam nie zredukował mi cellulitu, ani nie wymodelował sylwetki to naprawdę podoba mi się efekt jędrnej i gęstszej skóry jaki daje. Produkt ma konsystencję balsamu do ciała i łatwo się rozprowadza. Nie podrażnia, nie powoduje powstawania krost np. na plecach czy reakcji alergicznych. Mówiąc w skrócie nic złego mi nie zrobił nawet jak używałam go na całe ciało. Nie jest to balsam nawilżający, ale skóra jest po nim normalna. Ani sucha, ani nawilżona. Nie zostawia śladów, wchłania się do sucha a zapach mimo, że jest dość mocno wyczuwalny nie przenosi się na ubrania i po chwili znika.

Balsam jest wydajny i według producenta trzeba go zużyć w 6 miesięcy od czasu otwarcia. Mi starczył na długo, ponieważ głównie używałam go do ud i brzucha, ale też mam wiele innych produktów do ciała i przez pewien czas sobie stał, aż ostatnio do niego wróciłam.

Cena regularna 16,99 zł (w Naturze). Dostępny jest w wielu drogeriach m.in. Natura, Rossmann. Często są też promocje, gdzie można go kupić za 10-12 zł. Pojemność standardowo 250 ml.

niedziela, 6 maja 2018

Recenzja - Milatte maska do okolicy oczu w płachcie panda

Recenzja - Milatte maska do okolicy oczu w płachcie panda
To, że kocham maseczki w płachcie do twarzy nie podlega dyskusji. Jednak to jest moja pierwsza maseczka specjalnie do okolic oczu. W serii Milatten Fashiony Black Eye Mask można znaleźć trzy rodzaje:

  • panda,
  • szop pracz,
  • niedźwiedź.


Wybrałam wersję z pandą, bo po prostu najbardziej lubię to zwierzątko z grupy wyżej wymienionych. Logicznie nie? Jednak już teraz wam zdradzę, że chętnie kupię dwie inne wersje, aby sprawdzić jak one się sprawdzają.

Obietnice producenta:
Maseczka panda ma nam zapewnić rozjaśnienie skóry w okolicy oczu, zmniejszyć widoczność zmarszczek, odżywić i nawilżyć skórę, dodać blasku i elastyczności.

Moja opinia:
Po jednym nałożeniu maski mogę powiedzieć, że faktycznie nawilża i rozjaśnia w sensie pozostawia skórę promienną. Może przy dłuższym i regularnym stosowaniu pojawiły by się inne wspomniane efekty. Maska nie ma drażniącego zapachu. Nie podrażniło mi oczu, nie wysypało mnie, nie sprawiło żadnego dyskomfortu.

Jak widać maseczka dobrze przylega, nie zsuwała się podczas trzymania, ale na nosie mi się strasznie marszczyła. Płachta sama w sobie jest średnio gruba. Nie jest to prześwitujący materiał, ale też nie super sztywny. Jej kształt jest ciekawy, ale przede wszystkim ładnie pokrywa okolicę pod oczami i w zewnętrznych kącikach. Jak na maseczkę w sam raz. Nasączenie też było odpowiednie. Nic mi nie kapało, ale też maska nie wyschła podczas wskazanego czasu trzymania na twarzy.
 

Maseczka kosztowała 1,43$ na beautynetkorea.com. Pamiętajcie jednak, że kupując na tej stronie płaci się za przesyłkę, więc warto wziąć od razu kilka rzeczy :)

Copyright © 2016 N. o kosmetykach , Blogger