sobota, 12 września 2015

Wielkie porównanie samoopalaczy - Avon, Bielenda, Lirene, Soraya

Cóż jak widzicie w tym roku nieco udało mi się opalić słońcem, ale wcześniej (gdzieś tak od stycznia) używałam namiętnie samoopalacza na nogi, ręce i dekolt. Żeby móc sobie pracować w krótkim rękawku wśród ludzi i nie wyglądać jaka ściana obok mojego biurka (tak jest biała). Teraz znowu wróciłam do nacierania się "słońcem z tubki".




Stawkę zaczyna A jak AVON - całkiem mile byłam zaskoczona tym produktem. Kupiłam go jakoś w marcu, bo nie byłam zbyt zadowolona ani z Bielendy, ani z Lirene. Ogromnym plusem jest miękka tubka, z której można dozować tyle produktu, ile chcemy. Kolejny plus za zapach - zero smrodu spalonej skóry czy chemicznego opalacza. Działanie? Świetne! Konsystencja jest balsamowa. Trzeba poczekać chwilę aż się wchłonie, a mimo to pozostawia lekką warstewkę, ale to nie przeszkadza. Zero smug, nie trzeba wcześniej nawilżać specjalnie skóry, no i przede wszystkim nadaje delikatny brązowy odcień skórze. Nie jest to ciemny kolor (nawet przy nakładaniu 2 razy dziennie przez kilka dni), ale widać że skóra jest muśnięta słońcem. Natomiast minusem jest to, że ten kolor praktycznie po 1-2 umyciach się zmywa. Wystarczy naprawdę wejść pod prysznic i po opaleniźnie. Ale i tak jest to jeden z moich ulubionych produktów. Ale nie wszystkim mogą pasować te drobne iskierki złota. To nie brokat! Ale skóra dostaje gratis błysku. Nie uczulił mnie, nie wysuszył skóry i nie zostawił nieestetycznych plam na ciele. Nawet bym powiedziała, że nawilża. Nie brudzi też ciemnych ubrań.

B jak Bielenda - tutaj mamy do czynienia z mgiełką samoopalającą. Największy minus to trudność w obsłudze! Serio. Najpierw trzeba nanieść sporo balsamu nawilżającego czy masła, a dopiero potem szybko prysnąć mgiełką i rękami ją jeszcze rozprowadzić. Ugh... jak zrobi się to na "zbyt suchej" skórze lub za wolno zostaną nam plamy. Zawsze mnie irytuje to, że mam plamy brązu między palcami. Choćbym nie wiem jak szybko myła ręce po aplikacji ( i czym) to i tak mi się to zdarza. Ale ogromnym plusem jest trwałość opalenizny. 4-5 dni mamy kolor. Nawet przy codziennym myciu gąbkami, żelami z "peelingiem" czy silnie oczyszczającymi żelami z SLS w składzie. A kolor? Średni brąz w porywach. Zależy od tego ile razy go nałożymy, bo z dnia na dzień daje coraz ciemniejszy kolor.  Zapach... niby egzotyczny, a po jakimś czasie drażniący. Nie raz przebija zapach "samoopalacza". Polecam osobom doświadczonym lub upartym, bo naprawdę daje świetne efekty jak się go ujarzmi. No i jest wydajny!

L jak Lirene - ten balsam brązujący doczekał się już u mnie recenzji,  ale powtórzę jeszcze raz... mizerne efekty i okropny zapach. Jedyny plus to wydajność.

S jak Soraya - to najnowszy nabytek w mojej kolekcji. Sprawdza się genialnie jako przyspieszacz opalania, ale jako samoopalacz daje naprawdę mizerne efekty. Można powiedzieć o lekkiej poświacie brązu po jego użyciu, ale nawet regularne używanie nie zapewni nam efektu opalonej skóry.

Podsumowując jeśli zależy wam na długotrwałym efekcie polecam mgiełkę od Bielendy. Jeśli na krótkotrwałym i bezproblemowym - balsam od Avon.

10 komentarze:

  1. Odpowiedzi
    1. Naprawdę jest całkiem fajny, tylko trzeba regularnie co kąpiel używać.

      Usuń
  2. Ja akurat po lecie jestem tak opalona że żadne wspomagacze nie są potrzebna :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja nawet po lecie muszę tego używać, chociaż i tam w tym roku odniosłam sukces,bo nie jestem biało-biała.

      Usuń
  3. Odpowiedzi
    1. Ogólnie ja też ,ale nie w tym przypadku.

      Usuń
  4. Fajny post, choć ja osobiście nie przepadam za samoopalaczami :)
    Pozdrawiam i zapraszam do mnie :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja po nie sięgam częściej niż po normalne balsamy :D

      Usuń
  5. Bardzo przydatny post w kwestii porównania;)

    OdpowiedzUsuń

Katalog blogów

Katalog-blogow.pl
© N. o kosmetykach 2012 | Blogger Template by Enny Law - Ngetik Dot Com - Nulis